BYĆ „WŁAŚCIWĄ” KOBIETĄ – dla Was, które szukają siebie.

BYĆ „WŁAŚCIWĄ” KOBIETĄ – dla Was, które szukają siebie.

Była miła, dobra, uczynna, pomocna, radosna na zewnątrz, dla innych z sercem na dłoni, cicha w swojej przydatności i nieabsorbująca. Niewidzialna „dobra wróżka”.

Miała być doceniana za swoje czyny, chwalona że jest tak idealną. Miłość miała uleczać i naprawiać wszystko, a ona miała „być miłością”.

Od wczesnych lat dzieciństwa uczono ją żeby nie złościła się i nie krzyczała, że płacz i krzyk są niewłaściwe. Że inni mają gorzej. Dusiła więc w sobie swoją ekspresyjną naturę i coraz bardziej przestawała być sobie właściwą. Okazywali jej miłość tylko wtedy kiedy była taka jaką chciano ją widzieć.

Głośne zabawy na dworze nie były zbyt mile widziane, lepiej kiedy czytała książki i była obecna w domu. Kiedy rodzice się kłócili starała się nie wchodzić im w drogę, a potem pocieszała skrzywdzoną mamę. Robiła wszystko by nie być ciężarem, by być choć trochę pomocną.

W szkole była uważana za zdolne i ciche, lecz bardzo wrażliwe dziecko. Już wtedy często płakała. Łzy płynęły za każdym razem kiedy coś ją wzruszyło, zasmuciło, uradowało, a czasem nie wiedziała nawet czemu zaczyna szlochać. Podczas procesu „edukacji” dowiedziała się, że ma odpowiadać na pytania, być nieabsorbująca i uczyć się pilnie rzeczy (które jej kompletnie nie interesowały). Być pomocną dla innych i uprzejmą.

Stawała się więc taką jaką chciało, by była, społeczeństwo. Posłusznie wykonująca polecenia dorosłych – wszak starszym należy się szacunek, młodsi mają być spokojni, zrównoważeni i mili, bo „dzieci i ryby głosu nie mają”. Bywały momenty, kiedy coś w niej w środku wrzeszczało i wyło jak dzikie zwierzątko, czasem ten krzyk wydostawał się na zewnątrz. Zaczęto ją więc nazywać histeryczką. Miała być niewidoczna i nieabsorbująca. Zatraciła większość swoich granic oraz poczucie tego kim jest. By przetrwać zamknęła się w skorupie swojego świata, chroniąc to co najważniejsze.

Niewyrażony krzyk uwięzionej duszy przerodził się w depresję. Skończyła liceum i rozpoczęła studia, coraz bardziej wyobcowana i żyjąca swoim światem. Zewnętrze było jak sen. Przemijało niczym obraz krajobrazu mijanego pociągiem.

Zaczęli pojawiać się mężczyźni, lecz jej brak granic i uległość spowodowały, że dawała się przekraczać. Nauczyła się że męskość rani i zaczęła trzymać się z daleka od relacji. Ale i tak w końcu spotkała tego, któremu oddała serce. Tak bardzo pragnęła być kochaną. Robiła więc wszystko to, czego dowiedziała się w „byciu właściwą kobietą”. Była miła, dobra, posłuszna, cicha. Gotowała, sprzątała a po jakimś czasie, zaczęła zajmować się piękną parką bliźniaków. Dzieci, mąż i dom, oto co stało się najważniejsze. Starała się być wyrozumiała dla partnera, który tak ciężko pracował. Coraz dłużej i na coraz bardziej ważnych stanowiskach. Zaczęli żyć w innych światach, oddalać się od siebie. Oboje grający role „państwa idealnych”. Tymczasem w środku nich zaczęły budować się gejzery niewypowiedzianych stanów i emocji.

Przepis na udane małżeństwo, nie działał. Powoli, wszystkie jej odrzucone części zaczynały dawać o sobie znać, jej dzika natura zaczynała się budzić.

Aż pewnego razu zauroczyła się w interesującym informatyku. Był inny, słuchał jej, rozumiał. Zaczęła snuć plany na przyszłość z nim jako tym, który zastąpi jej męża. Oto ten, który byłby zastępczym ojcem jej dzieci, który opiekowałby się nimi lecz jednocześnie byłby obecny.

Nie zauważyła jak powoli, krok po kroku jest wciągana w grę iluzji i zaprzeczeń. Ukochany zaczął unikać rozmów o przyszłości, aż pewnego dnia dowiedziała się że on ma żonę. Jej świat runął. Nie wiedziała kim jest, nie wiedziała co ma zrobić, nie miała się czego chwycić. Wszystko co zewnętrzne rozmywało się jak dym. Nawet kochane przez nią dzieci nie zapewniały jej poczucia stabilności. Dosięgnęła więc tego ukrytego w niej ziarna, tej ochronionej w młodości dzikiej części siebie. Odkryła tam skarby.

Okazało się, że nie musi być miła, dobra i uprzejma. Że może krzyczeć i dziko tańczyć w deszczu, że może śmiać się głośno i zwracać uwagę innych na siebie. Że nie musi dawać wszystkim dostępu do siebie, że może mieć granice. Że bycie uległą i cichą zabija duszę.
Od momentu kiedy jej świat runął, dusza kobiety zaczęła świecić coraz mocniej i mocniej.

Oto ona, w swojej obudzonej tożsamości. Odkryła że całe lata żyła w niewoli przekonań i stereotypów. I odkryła że to nie świat runął, lecz klatka, w której mieszkała.

To historia jedna z wielu. Historia o zatraceniu siebie i odnalezieniu.

By być szczęśliwą, kobieta potrzebuje iść za wewnętrznym głosem. Iść za sobą samą. Odkryć gdzie leżą jej potencjały, zdolności. Trwanie w utartych schematach kończy się formą obumarcia, letargu, depresją.

Nam, kobietom wpaja się że naszą rolą jest „bycie dobrymi”. Mamy być czystą miłością, wsparciem i zrozumieniem. Dla innych. Często kosztem nas samych. Ponieważ od wczesnych lat dzieciństwa uczą nas braku granic, nie wiemy że możemy być pełne wewnętrznej mocy i mądrości. W procesie socjalizacji zatracamy nasze tożsamości. Nie mamy pełnego dostępu do naszej intuicji, nie mamy kontaktu z duszą. Staramy się sprostać oczekiwaniom społeczeństwa. Kierujemy naszą uwagę nie tam gdzie należy. Zamiast szukać siebie w środku, szukamy na zewnątrz. Wydaje nam się że mądrość i piękno są w świecie zewnętrznym. Odchudzamy się, operujemy krzywe nosy, czytamy książki i idziemy na studia. Ubieramy się stosownie do lat i figury.

Wierzymy światu, że tak ma być. I nie widzimy skarbów ukrytych w nas samych, tego co leży głęboko schowane. I nie ma dobrych i złych cech, nie trzeba się bać tego, co nam wmówiono, że jest groźne. To co groźne, rozświetlone blaskiem świadomości, staje się naszą obroną, chroni to co w nas delikatne i wrażliwe.

Jesteśmy dzikie, pełne mocy i piękna.
Każda z nas.

Photo by Magdalena Krekels

×
×

Koszyk